Nacjonalizacja kluczowych rynków, statystyka "szyta" na życzenie rządu, wielkie programy robót publicznych. To nie Chiny, to USA w 2008 roku.

Nacjonalizacja kluczowych rynków, statystyka "szyta" na życzenie rządu, wielkie programy robót publicznych. To nie Chiny, to USA w 2008 roku.
Na Wall Street już teraz mówi się o "czarnym poniedziałku". Nowojorska giełda krztusi się i charczy, ale wciąż zipie. Jedno jest pewne, kiedy upadnie, pociągnie za sobą cały świat razem z Polską.
Inwestorzy z duszą na ramieniu obserwują sytuację za oceanem i przecierają oczy ze zdumienia. Jak to możliwe, że amerykański system bankowy, mimo gigantycznych długów, których nikt nie spłaci, wciąż działa?
Prezes rezerwy federalnej Ben "Helikopter" Bernanke (na zdjęciu), przez bardziej złośliwych nazywany Benem Drukarnią, i zrobi wszystko, by bankrutującym bankom zapewnić miękkie lądowanie, tak jak wcześniej Bear Stearns. Wystarczy "zasilić" system odpowiednią ilością pieniądza.
W zeszły piątek amerykański rynek kredytowy został znacjonalizowany. Rząd przejął kontrolę nad dwiema spółkami Fannie Mae i Freddie Mac.
Za sympatycznie brzmiącymi szyldami kryją się olbrzymie rządowe korporacje. Frania Maj, jak pieszczotliwie nazywają ją polscy analitycy, od 70 lat "upłynnia" rynek kredytów. Powstała jako część New Dealu - wielkiego planu prezydenta Roosevelta, który miał raz na zawsze położyć kres krachom, kryzysom i dekoniunkturze.
W 1968 roku prezydent Lyndon B. Johnson pozbył się ciężaru i w ramach równoważenia budżetu wystrzelił Franię na nowojorską giełdę. Dwa lata później dołączył do niej młodszy brat Freddie. Akcje spółek rosły wraz z rynkiem kredytowym, który Frania i Freddie pieczołowicie podgrzewały. Teraz obie agencje, po tym jak napompowały (i "pękły") spekulacyjny mieszkaniowy balon, wracają bezpośrednio na rządowy garnuszek.
W sumie udzielają gwarancji na pożyczki warte 3 biliony dolarów (podobno, bo nikt tego nie wie na pewno). Są to głównie pożyczki z amerykańskiego rynku nieruchomości i jest wysoce prawdopodobne, że nigdy nie zostaną spłacone. W rezultacie według szacunków analityków legendarny dług publiczny Stanów Zjednoczonych zwiększył się o... 100 procent.
Rząd wziął odpowiedzialność za śmiertelnie chory rynek finansowy na siebie, czyli na wszystkich - nie tylko Amerykanów, ale na każdego, kto ma jakikolwiek związek z dolarami.
"Ameryka jest w tej chwili bardziej komunistyczna niż Chiny", skomentował inwestor Jim Rogers, stary znajomy George'a Sorosa, z którym w latach 1970. założył słynny z ataku na brytyjskiego funta Quantum Fund. Jego słowa potwierdzają analitycy londyńskiej firmy doradczej Independent Strategy:
Zdaniem Independent Strategy aż 75 procent pieniędzy zainwestowanych w nieruchomości i większość innych kredytów będzie od teraz finansowane przez rząd i amerykański bank centralny.
Jaka jest więc amerykańska odmiana komunizmu? Zdaniem Rogersa "to socjalizm dla bogatych".
Gdy rodzina z Ohio nie może sobie poradzić ze spłatą kredytu mieszkaniowego, traci dom. Gdy hazardzista z Las Vegas przegra w kasynie więcej niż ma, może pójść za długi do więzienia. Lecz gdy największe banki z Wall Street na skutek wariackich inwestycji stracą miliardy, rząd i Fed za cudze pieniądz, wykupuję je z długów.
Oczywiście Ameryka nadal jest posągową demokracją. Demokracją, która właśnie nacjonalizuje system finansowy.
Na tym nie koniec. Jak w każdym szanującym się komunizmie, i w amerykańskim rząd nie tylko kontroluje kluczowe rynki, ale ma też pełną kontrolę nad danymi statystycznymi.
O ile w amerykańskim życiu politycznym nadal panuje przykładny pluralizm i badania poparcia dla poszczególnych partii czy też kandydatów prezydenckich publikują niezależne ośrodki badawcze, to już inaczej jest z pewnymi arcyważnymi wskaźnikami gospodarczymi. A te często mają dużo większy wpływ na życie obywateli niż wynik wyborów.
Tak się składa, że bank centralny każdego cywilizowanego kraju może dodrukować dowolną ilość pieniądza (kto nie chciałby być szefem takiej firmy?). Jedynym ograniczeniem jest inflacja - bank centralny jest zobowiązany do utrzymywania jej na przyzwoicie niskim poziomie - najlepiej około 2,5 procent, ale to zależy od sytuacji gospodarczej.
Każdy napotkany na ulicy Amerykanin potwierdzi, że ceny podstawowych produktów i usług, które kupuje nieprzerwanie rosną. Rząd podaje, że inflacja utrzymuje się na poziomie 2,4 proc. Uspokajające. Jednak współczynnik ten to tzw. inflacja bazowa, która nie uwzględnia... cen ani żywności, ani paliwa. Wygodne, czyż nie?
Dużo lepiej rzeczywistą sytuację Amerykanów pokazuje wskaźnik cen konsumpcyjnych (z benzyną i jedzeniem). Teb wynosi już nieco więcej - 4 proc. Ale nie na tym koniec. Jak to się dzieje, że ceny mieszkań, czynszów, opłaty za studia, żywność, transport, benzyna, ogrzewanie wzrosły w ostatnich latach kilkakrotnie, a inflacja grzecznie pełza brzuchem po ziemi?
Odpowiedź możemy znaleźć na blogu Wojciecha Białka, analityka finansowego SEB TFI, który przytacza takie zestawienie:
I wszystko jasne. Czteroprocentowa inflacja to efekt "drobnych poprawek" w metodologii. Wartość dolara zaczęła gwałtownie spadać w latach 1970., po tym jak USA zawiesiło wymienialność waluty na złoto.
Administracje Ronalda Reagana i Billa Clintona, prezydentów którzy dokonali w ostatnim półwieczu największych "cudów gospodarczych", skorygowały metodę pomiaru. W bardzo sprytny sposób, który opisuje Białek:
Problem rozwiązany - zamiast 11,6 proc. inflacji, mamy 7,3 proc. Ale po kilku latach okazuje się, że i to nie wystarczy... Kolejna zmiana jest jeszcze lepsza:
Takich sztuczek nie powstydziliby się nawet statystycy z Pekinu, których Amerykanie nieustannie oskarżają o zawyżanie wzrostu gospodarczego.
Podobne przykłady można by mnożyć. W ocenie sytuacji gospodarczej kraju bardzo ważna i przydatna jest tzw. inflacja pieniądza M3. Ta, jak podają urzędy statystyczne w Wielkiej Brytanii przekroczyła 13 procent, a w strefie euro 14 procent. Jak jest w USA?
Nie wiadomo, bo... dwa lata temu zaprzestano jego publikacji. Powód - oszczędności. Pozyskiwanie tych danych kosztowało kilka tysięcy dolarów rocznie. Jak zauważa jeden z amerykańskich komentatorów, Fed w ramach taniego państwa oszczędził w ten sposób 0,00000699 proc. swoich zysków.
Po co fałszować inflację? Bo gdy właściciel drukarni z pieniędzmi (w USA jest nim Fed) wypuści do obiegu ich zbyt dużo, np. by ratować banki przed bankructwem, inflacja rośnie i wymyka się spod kontroli.
W rezultacie 50 dolarów w kieszenie pana Smitha w Cincinnati traci kilka centów na wartości. W ten sposób właśnie pan Smith i każdy, kto ma dolary w kieszeni, bądź na koncie zrzuca się na wielomiliardowy prezent dla bankierów z Wall Street, którym bardzo nie udała się inwestycja.
Od Alana Greenspana, legendarnego szefa Fed, któremu przypadła przykra rola winnego zeszłorocznego krachu, słyszymy, że szanse na recesję to "fifty-fifty". Jednak wydarzenia każdego tygodnia sprawiają, że ta sama przepowiednia staje się coraz bardziej mroczna.
Dostrzegli to nawet w Waszyngtonie. Co troje czołowych kandydatów na prezydenta ma ze sobą wspólnego - pytał kilka miesięcy temu tygodnik "Time". Zarówno Hillary Clinton, jak i Barack Obama, jak i John McCain obiecują olbrzymie rządowe inwestycje w ekologiczną energetykę.
Obama pierwszy ruszył ze sloganem 150 miliardów dolarów ze wspólnej kasy, które w ciągu 10 lat mają za zadanie "utworzyć" 5 milionów "zielonych miejsc pracy" (green-collar jobs). Bez wahania podchwycili go Clinton i McCain.
Doradcy polityków wiedzą, co wymyślają. Coraz więcej ekonomistów przestrzega przed stagflacją (spowolnieniem gospodarki połączonym z rosnącymi cenami). Do ekonomicznego main-streamu przebijają się prognozy krachu porównywalnego do tego sprzed 80. lat. Sam Greenspan przyznał, że takiego kryzysu nie widział w swoim życiu. A ma już 82 lata.
Jeśli tak się stanie, Amerykanie mają już gotowe, sprawdzone rozwiązanie - New Deal. Jednym z głównych założeń planu, przy którym pracował jeden z największych ekonomistów w historii John M. Keynes, są nieograniczone rządowe inwestycje.
Takie "kryzysowe projekty" wydane sensownie zarżnęłyby do reszty wycieńczone recesją prywatne firmy, zgodnie z tzw. efektem wypychania inwestycje rządowe wypierają prywatne. Dlatego muszą to być absurdalne z ekonomicznego punktu widzenia przedsięwzięcia: piramidy, Mt. Rushmore, lot na księżyc. Można też posprzątać cały kraj.
Niewykluczone, że niedługo powróci dawna świetność amerykańskich hufców pracy, czyli Civilian Conservation Corps. Pamiętajmy, że mroczne czasy recesji recesji lat 1930. były wyjątkowym okresem w historii XX. wieku, kiedy to przywódcy ówczesnych Stanów Zjednoczonych, Niemiec, Włoch i ZSRR byli sobie wyjątkowo bliscy... w kwestiach gospodarczych, oczywiście.
Bartłomiej Ciszewski
Władze USA pomogą hipotecznym gigantom
Amerykański rząd szuka winnych kryzysu

"Rzeczpospolita"...

Miłośnicy filmów dla...

Roman Abramowicz, jeden z...

Z dumą prezentujemy...

Status bardzo grubej ryby...

Twórca Google Larry Page...

Amerykańskie banki czekają...